Korea Południowa gra o światowego widza

Blockbuster to domena Hollywoodu, które znalazło sposób na zadowolenie masowego widza, niezależnie od tego, gdzie na świecie idzie on do kina. Kosztujące coraz więcej, zjeżdżają z taśm w Fabryce Snów, aby dominować na wszystkich kontynentach; te najwystawniejsze w okresie letnim. Istnieją jednak kraje, które rzuciły wyzwanie hegemonii Hollywoodu. Najciekawszym przykładem takiego rynku jest 50-milionowa Korea Południowa, gdzie kinematografia jeszcze w połowie lat 90. znajdowała się w dołku. Dzisiaj koreańskie filmy nie tylko panują na rynku wewnętrznym, ale także narzuciły model rozrywki w dużej części Azji, a przemysł ma nadzieję na zaznaczenie swojej obecności globalnie. Rok 2013 może być przełomem w realizacji tych planów.

Pierwszym koreańskim blockbusterem było Shiri w 1999 roku. Obraz, który przełamał tabu, pokazując tragiczne pęknięcie narodu i ludzkie oblicze agentów Północy, był bardzo sprawnie zrealizowanym thrillerem, silnie zapatrzonym w amerykańskie i hongkońskie kino akcji. Shiri zgromadziło 6,2 mln widzów i dwudziestokrotnie przekraczając średnią frekwencję, stało się szeroko dyskutowanym fenomenem narodowym. Sprzedane następnie do 22 państw, znakomicie ($17,6 mln zysku) poradziło sobie w Japonii. A był to pierwszy koreański film na ekranach Kraju Kwitnącej Wiśni po zniesieniu dwustronnego zakazu wymiany dóbr kulturalnych między tymi państwami!

Shiri wywróciło do góry nogami całą branżę filmową i wyobrażenie o tym, jak wielki sukces można w niej osiągnąć. Rok później Joint Security Area Park Chan-wooka sprzedało się równie dobrze, w kolejnym sezonie nostalgiczną sagę gangsterską Friend zobaczyło 8,2 mln widzów i stało się jasne, że w koreańskim kinie dzieje się coś dobrego.

 

Cofnijmy się o parę lat. W 1998 nowo wybrany na prezydenta postępowy Kim De Dzung nie tylko wziął się za porządkowanie gospodarki po kryzysie, ale także zdecydowanie postawił na kulturę. Rząd zaczął angażować się w specjalne filmowe fundusze i zachęcał do tego prywatnych inwestorów. Zrestrukturyzowana została, istniejąca od 1973, rządowa agencja Korean Motion Picture Promotion Corporation, od roku 2000 pod nazwą Korean Film Council. Przejęte przez pokolenie młodych filmowców, KOFIC uruchomiło szereg programów, dotujących filmy w fazie produkcji, promocji i sprzedaży. Wsparcie dotyczy nie tylko kina komercyjnego; filmy niezależne notują w Korei niskie wpływy (sukcesem jest kilkadziesiąt tysięcy sprzedanych biletów), ale podbiły światowe festiwale.

Producenci oraz politycy zrozumieli, że na sprawnie realizowanych filmach można świetnie zarobić, oraz że są one skutecznym narzędziem promocji kraju za granicą. W szerszej perspektywie kino to część hallyu, fali rozrywki (zwłaszcza K-popu i telewizyjnych dram), która zalała Azję, a teraz coraz śmielej poczyna sobie na świecie. Koreańczycy podchodzą do tej rozrywki bardzo poważnie, stawiają ją na równi ze swoją bogatą tradycją i zaawansowanymi technologiami.

Maszyna ruszyła. W parę lat powstała infrastruktura i przemysł produkujące filmy, które przemówiły do masowego widza. Gwałtownie wzrosła ilość kin; zostały one zdominowane przez gatunki – komedie romantyczne, thrillery, monster movies, filmy katastroficzne, kostiumowe, gangsterskie czy wojenne. Niewyczerpanym źródłem inspiracji stała się bogata historia narodu koreańskiego, o której można było, po zniesieniu cenzury, szczerze opowiadać. Jak w Hollywood, najwięksi dystrybutorzy, koncerny CJ E&M, Lotte, Showbox/Mediaplex oraz NEW, zaczęły przygotowywać na letni sezon potencjalne hity frekwencyjne, narodził się system gwiazd.

Dzięki coraz większej ilości źródeł finansowania, z roku na rok rosły budżety. Mimo, że wciąż są niepomiernie mniejsze od hollywoodzkich ($10 mln to już dużo), widoczna stała się coraz większa sprawność techniczna w realizowaniu filmów; skutkowało to kolejnymi rekordami frekwencyjnymi. W 2003 roku sprzedano na koreańskie produkcje ponad 50% biletów, trend utrzymał się do roku 2007. W 2003 pojawił się też pierwszy film, który przekroczył 10 mln widzów – Silmido, rozliczające wstydliwy epizod narodowej historii.

W latach 2008-2011 koreański przemysł filmowy dostał zadyszki. Widzowie przestali bezkrytycznie przyjmować rodzime produkcje; gwałtownie spadły też wpływy ze sprzedaży filmów do krajów azjatyckich, zwłaszcza do Japonii. Wątła fabuła wzmacniana efektami specjalnymi już nie wystarczała – w 2011 przepadły typowane na przeboje Quick oraz Sector 7 3D, a hitem okazało się np. oryginalne i optymistyczne Sunny.

Studia wyciągnęły wnioski z tej porażki. Produkcje w roku 2012 zostały przygotowane znacznie lepiej, czyniąc sezon rekordowym pod każdym względem. Dwa filmy -Złodzieje i Maskarada – zobaczyło ponad 10 mln widzów (6. i 7. koreański film z takim wynikiem). 20 listopada przekroczona została granica 100 mln sprzedanych biletów tylko na produkcje koreańskie (w samym sierpniu ponad 17 mln). Statystyczny Koreańczyk obejrzał w kinie dwa filmy ze swojego kraju! Wśród wygranych znalazła się nie tylko typowa rozrywkowa, ale także brutalny film gangsterski, pieczołowicie odtwarzający realia lat 80. (Nameless Gangster), oparty na faktach obraz krytykujący wymiar sprawiedliwości (Unbowed) czy skromna historia miłosna (Architecture 101). Równie imponująco rozpoczął się rok 2013. Szpiegowskie Berlin Files zgromadziło ponad siedem milionów widzów, stając się najpopularniejszym filmem akcji w historii, a niemająca potencjału przeboju komedia Miracle in Cell No. 7 przebiła 12 milionów biletów i wciąż się sprzedaje.

Ten sukces ma jednak drugie oblicze. Rynek wewnętrzny nasycił się, a spektakularne wyniki będą trudne do powtórzenia; branża wie, że musi szukać nowych rynków. To dlatego KOFIC zmieniło strategię i postanowiło, że nie tylko filmy artystyczne będą promować kraj na świecie. Efekty widać – koreańskie blockbustery nabierają międzynarodowego rozmachu. Złodzieje, sensacyjna komedia o wielkim skoku, kręcona była w Korei, ale też w Makau i Hong Kongu. Technicznie film nie ustępuje amerykańskim produkcjom, miejscami je nawet przerasta – sekwencja pościgu po fasadzie budynku zostawia wyczyny agenta Hunta w MI4 daleko w tyle. Można się krzywić, że to kopia hollywoodzkich heist movies (“Ocean’s Eleven K-style”, jak zauważa użytkownik Imdb), ale tylko Azjaci potrafią opowiadać z taką lekkością i wdziękiem.

Złodziei można nazwać blockbusterem panazjatyckim; wspomniane Berlin Files, realizowane m.in. w Pradze, Berlinie oraz na Łotwie, wyraża już ambicje globalne i bardzo ciekawe jak poradzi sobie w Europie. Główną przeszkodą będzie to, że nie jest mówiony po angielsku.

 

Po angielsku debiutuje natomiast pierwsze pokolenie koreańskich reżyserów w Hollywood. Jest to trzech twórców-kinofilów, mających kluczowy udział w tworzeniu tożsamości nowego kina koreańskiego, którzy łączą wysoki poziom artystyczny swoich filmów z wynikami frekwencyjnymi.

Park Chan-wook nie kojarzy się z komercją, ale Joint Security Area podbiło box office w 2000 roku. Reżyser, w swoim kraju uwielbiany od czasów Grand Prix za Oldboya w Cannes, przez ostatni rok pracował w Stanach nad Stokerem z Nicole Kidman. Film został bardzo pozytywnie przyjęty przez krytyków i w kategorii filmów artystycznych zarabia przyzwoite pieniądze.

87317803_159faca9e0_z
Oldboy

Nie udała się natomiast premiera Likwidatora w reż. Kima Jee-Woona, z wracającym do kina Arnoldem Schwarzeneggerem w roli podstarzałego szeryfa miasteczka przy granicy z Meksykiem. Mimo dobrych recenzji, film wpisał się w trend porażek filmowych „mięśniaków” starej daty. Już teraz wiadomo, że aby zrealizować kolejny projekt, Kim Jee-Woon wraca do Korei, nie grozi mu więc to, że popadnie w Hollywood w przeciętność.

Oba te filmy powstały bez udziału koreańskich producentów. Inaczej jest w przypadku Snow Piercera Bonga Joon-ho, adaptacji francuskiego komiksu Le Transperceneige. Pracuje przy nim międzynarodowa ekipa, pieniądze zainwestowali Koreańczycy, Amerykanie oraz Francuzi, a dystrybucją w anglojęzycznych krajach zajmie się Weinstein Company. Akcja rozgrywa się w pociągu przewożącym ostatnich żyjących ludzi (m.in. John Hurta, Octavię Spencer i Songa Kang-ho) w post-apokaliptycznym świecie; film jest jedną z najbardziej wyczekiwanych premier roku.

Bong Joon-ho to w Korei legenda. Jego autorski monster movie, The Host:Potwór, zobaczyło w 2006 roku 13 mln widzów, rekord do dzisiaj nie pobity. To The Host jest najlepszym wzorcem koreańskiego blockbustera – łączy w sobie komentarz polityczny z nieskrępowaną fuzją gatunków i niepokojącą wypowiedzią autorską. Aby nakręcić historię potwora, który wyłania się z rzeki Han i terroryzuje mieszkańców Seulu, do współpracy zaproszono specjalistów m.in. z Nowej Zelandii i Stanów Zjednoczonych.

I to właśnie współpraca z innymi filmowymi potęgami wydają się być najlepszą strategią dla koreańskiej kinematografii. Najbardziej oczywistym kierunkiem jest Hollywood, mimo że początki koprodukcji nie były udane – Honor wojownika Lee Sngmoo został w 2010 zmiażdżony przez krytyków i odrzucony przez widzów. Produkcja ta jest jednak istotna, gdyż po raz pierwszy ekipy z obu krajów pracowały na równych prawach, dzieląc się zadaniami. Scenariusz połączył tradycje filmowe obu kontynentów – wschodnie sztuki walk spotkały się z poetyką westernu, a koreański gwiazdor Jang Dong-gun romansował na ekranie z Kate Bosworth.

Mimo tego falstartu, współpraca jest rozwojowa. Największy fundusz, mający na celu ekspansję koreańskiego filmu na świat, Sovik Global Contents Investment Fund dysponuje kwotą $110 milionów. Przedsięwzięcie powstało przy wkładzie pieniędzy rządu koreańskiego, czeboli CJ i Lotte oraz amerykańskiej wytwórni One Route Films. Zarządzający planują produkcję do dwóch filmów rocznie. Pierwszy realizowany tytuł to The Last Knights z Clivem Owenem i Morganem Freemanem na czele międzynarodowej obsady. Reżyserią zajął się Japończyk Kazuaki Kiriyal, a koreańscy technicy odpowiedzialni są za animację komputerową oraz sceny kaskaderskie. Zdjęcia rozpoczęły się w listopadzie 2012 roku w Pradze.

Kolejnym priorytetem jest zacieśnianie relacji z rynkiem chińskim, rosnącym od siedmiu lat o ponad 30% rocznie i o siedem sal kinowych dziennie (obecnie jest ich 13 tys.). Udział chińskich pieniędzy w koprodukcjach jest istotny, gdyż pozwala ominąć bardzo niski limit dla zagranicznych filmów na ekranach Państwa Środka i otworzyć dostęp do wielkiego rynku. W 2012 roku przegonił on dochodami rynek japoński i jest drugi na świecie; szacuje się, że już w 2020 będzie największy. Chińscy filmowcy coraz skuteczniej trafiają do serc i portfeli swoich widzów; o ile jeszcze rok temu to amerykańskie filmy dominowały w box offisie, początek 2013 roku przyniósł szereg rodzimych przebojów. Aby powtarzać te sukcesy, Chińczycy potrzebują ludzi i technologii. Rozwiązaniem są koprodukcje z Hong Kongiem, ale trwają poszukiwania nowych partnerów.

O ile więc do tej pory Chiny kupowały koreańskie filmy, teraz oba państwa stawiają na współpracę – producentów, reżyserów i ekip technicznych. Jednym z ostatnich efektów jest adaptacja Niebezpiecznych Związków, zrealizowana w szanghajskich realiach.

Póki co, największym koreańskim przebojem w Chinach jest Późna jesień, w której, u boku koreańskiego idola Hyuna Bina, zagrała hongkońska aktorka Tang Wei (pamiętna z Ostrożnie Pożądanie). Ten melodramat, nakręcony po angielsku w Seattle, zarobił w Chinach prawie 10 mln dolarów. To wciąż stosunkowo niewiele, ale ten rynek jest dla Koreańczyków bardzo perspektywiczny.

 

Pozostaje pytanie, co mogą dać światowemu kinu Koreańczycy? Po pierwsze, są mistrzami w realizacji scen akcji. Bazują na osiągnięciach filmowców hongkońskich, jednak dysponując większymi budżetami i lepszą technologią, osiągnęli niepomiernie większą wizualną maestrię. I tak np. powstające w Korei kino gangsterskie łączy wyrafinowane sekwencje akcji z klasycznymi regułami gatunku. Dzięki temu film gangsterski ewoluuje właśnie w Azji, podczas gdy Amerykanie nie mają do zaoferowania nic innowacyjnego.

Po drugie, kino koreańskie w swoim najlepszym wydaniu przenosi silne emocje, a jest to umiejętność, którą Hollywood zatraciło w perfekcyjnej rutynie i sztampie. Dobrym przykładem jest posępny i skrajnie brutalny Chaser. Twórcy nie musieli niszczyć nieskończonej ilości samochodów, aby zrealizować emocjonujące pościgi. Większość z nich rozgrywa się… na nogach, a kręte, strome uliczki Seulu są równie efektownym miejscem akcji co San Francisco w Bullicie. To dlatego Roger Ebert napisał: “Hollywood powinno nie tylko nakręcić swoją wersję Chasera, ale także uczyć się na nim”.

Koreańczycy są także znakomici w łączeniu skrajności – przemoc w naturalny sposób przenika się u nich z humorem, a subtelność z wulgarnością. Komedia romantyczna My Sassy Girl z 2001 roku, najpopularniejszy koreański film na świecie (w samych Chinach ponad 10 milionów pirackich DVD) jest miejscami niegrzeczny, a chwilami romantyczny; wyzwala w widzach całe spektrum reakcji – od szczerego śmiechu po melodramatyczny szloch.

337970124_5dab70dddb_o
My Sassy Girl

Przyjęta przez Koreańczyków logika jest słuszna. Stricte koreańskie filmy nie wyjdą poza Azją z obiegu festiwali i wąskiej dystrybucji. Stworzenie modelu uniwersalnego, międzynarodowego blockbustera, w którym szaleństwo, wyrafinowana estetyka i techniczna biegłość połączą się z niebotycznymi budżetami i popularnością anglojęzycznych czy chińskich aktorów, nie będzie łatwe, ale ma duże szanse na powodzenie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*