Sytuacja polityczna na Półwyspie Koreańskim a przemysł filmowy

Co jakiś czas świat wstrzymuje oddech, koncentrując się na doniesieniach z Półwyspu Koreańskiego, na którym, podzielony na mocy politycznej decyzji, kraj od 60 lat znajduje się w stanie wojny. Wojskowy reżim rządzący Koreą Północną, najbardziej odizolowanym krajem świata, wydaje się być zdolny nawet do rozpętania konfliktu nuklearnego, którego konsekwencje byłyby trudne do wyobrażenia.
Z drugiej strony, zaliczana do azjatyckich tygrysów Korea Południowa, prowadzi działania mające na celu przygotowanie do, mogącego nastąpić w przyszłości, ponownego zjednoczenia. Funkcjonuje powołany w tym celu organ – Ministerstwo ds. Zjednoczenia, a były prezydent Kim De Dzung otrzymał w roku 2000 pokojową Nagrodę Nobla za wdrożenie „słonecznej polityki” (Sunshine Policy), zbliżającej obie Koree. Ocieplenie, jakie nastąpiło na przełomie stuleci, niosło nadzieję – doszło do bezprecedensowego spotkania obu prezydentów i rodzin rozdzielonych przez wojnę, a także do ustanowienia współpracy ekonomicznej.
Jednocześnie wielkie zmiany zachodziły w koreańskiej kinematografii. Nie, nie północnokoreańskiej.  Tam, Kim Dzong Il wiedząc, podobnie jak niegdyś Lenin, jaką moc posiada sztuka filmowa, od lat nakazuje produkcję filmów, które wychwalają przywódcę i pokazują żyjący w szczęściu, samowystarczalny, komunistyczny naród. Obecnie niewiele o tym kinie wiadomo, nie istnieje w międzynarodowym obiegu, tak jak inne wytwory tamtejszej kultury i sztuki.
Na Południu sytuacja jest diametralnie różna. Kino od ponad dekady przeżywa tam niebywały rozkwit komercyjny i artystyczny, jest silnym towarem eksportowym wewnątrz Azji (kraj został okrzyczany nowym Hong Kongiem), a dzięki obecności na najważniejszych międzynarodowych festiwalach, jest coraz lepiej rozpoznawane na świecie. Więcej, Korea to jeden z niewielu krajów, w których rodzime produkcje przyciągają liczniejszą publiczność, niż hollywoodzki mainstream. Rocznie powstaje kilkadziesiąt filmów, dominują dzieła gatunkowe (głównie komedie i melodramaty) a najgłośniejsze tytułu gromadzą ponad 10 milionów widzów. Do sukcesu przyczyniła się zmiana systemu finansowania w połowie lat 90. oraz dojście do głosu nowego pokolenia, doskonale wykształconych, głównie w USA i w Europie, twórców. Trzecim, niemniej istotnym czynnikiem, było poluzowanie cenzury, co pozwoliło na poruszanie wcześniej zakazanych a dla społeczeństwa koreańskiego niezmiernie istotnych tematów. Warto przyjrzeć się paru filmom, które pomogły koreańskiemu kinu odrodzić się i zyskać nową tożsamość.

Korea Południowa nie kojarzy się z cenzurą, ale polityka zawsze miała duży wpływ na treść powstających tam filmów. Okres przedwojenny to okupacja japońska (1910-1945) i narzucana siłą japońska kultura. Po zakończeniu Wojny Koreańskiej (1950-1953), przez kolejne dekady filmowcom skrupulatnie patrzyli na ręce cenzorzy wojskowych rządów. Tematyka narodowa była częsta, ale zakazane było pozytywne przedstawianie strony północnej, o czym przekonał się Lee Man-hee, twórca filmu Seven Women Prisoners z roku 1965, za który został aresztowany. Politycy dbali o podsycanie skrajnie antykomunistycznych nastrojów, co nie dziwi, biorąc pod uwagę odcięcie od kontynentu i zagrożenie z północy. Sprawa była istotna do tego stopnia, że wśród najbardziej prestiżowych koreańskich nagród filmowych, Grand Bell Awards, przez lata istniała kategoria, nagradzająca najlepsze filmy o antykomunistycznej wymowie. Dopiero wraz z demokratyzacją państwa w latach 80. nastała odwilż i pierwsze próby nie-jednowymiarowego ukazania tragedii, jaka spotkała naród koreański. Na prawdziwą zmianę, rozliczenie z przeszłością oraz ukazanie relacji narodowych w nowym świetle, trzeba było jednak czekać aż do końca stulecia. Jak zauważa Jinhee Choi, autor książki The South Korean Film Renaissance, kręcenie obrazów o tematyce narodowej stało się wręcz  strategią, pozwalającą dotrzeć do szerokiej widowni. Potencjalnym odbiorcą był cały naród koreański, jak mało który zainteresowany swoją historią i tożsamością, wśród którego wciąż żyją ludzie pamiętający czasy, gdy powyżej 38 równoleżnika mieszkali nie wrogowie lecz rodacy. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie należy się dziwić, że rewolucję zarówno komercyjną, jak i tematyczną wywołał jeden film.

Szpiedzy.
Chodzi o Shiri z 1999 roku, thriller sensacyjny Kang Je-gyu podejmujący temat zagrożenia, z którym na co dzień mierzy się kraj i jego obywatele – szpiegów przenikających z Korei Północnej. Oto ich grupa pragnie wywołać wojnę pomiędzy oboma krajami. W swoim fanatyzmie posuwają się do radykalnych działań – wysadzają centrum handlowe w sercu Seulu i planują zamach bombowy na stadionie wypełnionym ludźmi, podczas towarzyskiego meczu piłki nożnej pomiędzy drużynami obu Korei, z udziałem prezydentów. Wśród zamachowców jest nieuchwytna Bang-hee, która lata wcześniej przeniknęła na Południe, przeszła operację plastyczną i w uśpieniu czekała na kolejną misję.
Rewolucja tematyczna polegała na tym, że scenarzyści obdarzyli Bang-hee ludzkimi cechami. Jej terrorystyczna działalność wynika z chęci zakończenia niedoli głodujących mieszkańców Północy. Posiada także życie miłosne, związała się z nieświadomym jej prawdziwej tożsamości agentem, który od lat jest na jej tropie. W jednej ze scen, Bang-hee mówi o sobie, że jest hydrą, zrodzoną z podziału państwa. Wymowa filmu jest jasna – jesteśmy jednym narodem, ale żyjemy w schizofrenicznej rzeczywistości, która sprawia, że wzajemnie się zabijamy. Koreańczycy zagłosowali nogami – na Shiri, udanie kopiujące wzory hollywoodzkich filmów akcji, sprzedano sześć milionów biletów (poprzedni rekord wynosił nieco ponad milion), a kolejne filmy szły dalej – zarówno jeżeli chodzi o wpływy, jak i odwagę w opowiadaniu.
Silnie zarysowany w Shiri wątek miłosny ujawnia także ciekawą cechę, obecną w, licznie kręconych w Korei, melodramatach. Ich bohaterowie nie mogą zaznać szczęścia, ponieważ dzieli ich bariera nie do pokonania. Co więcej, w kraju tym rozwinął się podgatunek melodramatu, zawierający  elementy science fiction, w którym kochankowie funkcjonują w innych wymiarach czasowych, co w oczywisty sposób stanowi trudną do sforsowania przeszkodę. Sztandarowym przykładem jest Il Mare w reż. Lee Hyun-seunga, jeden z pierwszych koreańskich filmów, do którego prawa zakupiło hollywoodzkie studio. Zjawisko to pokazuje, jak głęboko w zbiorową świadomość narodu wryta jest kwestia podziału i jak istotny jest wpływ przeszłości na teraźniejszość.

Także w roku 1999, premierę miał The Spy Jang Jina, opowiadający o szpiegu wysłanym z na Południe z misją wykradzenia DNA super świni, co rozwiązać ma problem głodu za północną granicą. Film pokazuje jego zagubienie i nieprzystosowanie do funkcjonowania w odmiennej, kapitalistycznej rzeczywistości. Secret Reunion(2010) Jang Huna to dowód, jak zmieniło się podejście do tematu przez kolejną dekadę. Bohaterem filmu jest Song Ji-won, młody, zdyscyplinowany szpieg działający na Południu, ale ludzki i obdarzony sumieniem. Nie jest w stanie, mimo rozkazu przełożonego, zabić żony ani dziecka rzekomego zdrajcy, a jego działalność podyktowana jest troską o, żyjącą na Północy, rodzinę. Kiedy Song Ji-won zaczyna pracować dla południowokoreańskiego prywatnego detektywa, to on jest w tym duecie postacią bardziej wrażliwą na ludzką krzywdę. Symptomatyczne, że film posiada akcenty komediowe, a szpiega zagrał Kang Dong-Won, jeden z najpopularniejszych młodych aktorów w Korei, model i idol nastolatek. Jest to już bohater w stu procentach pozytywny.
Shiri było pierwszym filmem, do określenia którego użyto terminu blockbuster, wcześniej zarezerwowanego wyłącznie dla amerykańskich hitów. Na kolejny sukces nie trzeba było długo czekać – premiera Joint Security Area (2000), w reżyserii mało wówczas znanego Park Chan-Woka, odbyła się trzy miesiące po historycznym spotkaniu prezydentów obu Korei.
Akcja toczy się w strefie demarkacyjnej, szerokim na trzy kilometry pasie, rozdzielającym oba kraje i jednym z ostatnich namacalnych śladów zimnowojennego podziału świata. Punktem wyjścia jest śmierć dwóch północnokoreańskich żołnierzy strzegący tytułowego miejsca, w którym dochodzi do dyplomatycznych spotkań pomiędzy przedstawicielami obu państw. Śledztwo, prowadzone przez  niezależnych obserwatorów ujawnia zaskakującą przyjaźń, jaką nawiązali między sobą żołnierze przeciwnych stron. Kolejne tabu zostało przełamane.
W roku 2003 odbyła się premiera Silmido Kang Woo-Suka, filmu luźno opartego na, wciąż nie do końca jasnych, wydarzeniach z lat 1968-1971. Grupa ciężkich przestępców, zamiast na stryczek, trafia na tytułową wyspę, gdzie przechodzi mordercze szkolenie wojskowe. Skazańcy stają się tajnym komando, ich misją jest zamach na Kim Ir Sena. Gdy są już gotowi i patriotycznie zmotywowani, z Seulu przychodzi rozkaz odwołujący misję. Zmiana polityki i ocieplenie stosunków między krajami sprawia, że oddział staje się niepotrzebny, politycy nakazują jego likwidację, co doprowadza do tragedii. Historia brzmi jak political fiction rodem z książek Ludluma, ale była prawdziwym epizodem zimnowojennych czasów i odwetem za nieudany zamach na prezydenta Korei Południowej. Zwrócenie się ku, przez lata ukrywanym przez rząd, wydarzeniom jest próbą rozliczenia się ze wstydliwą przeszłością. Próbą udaną, Silmido to znakomite męskie kino i to pierwszy film, który obejrzało w Korei ponad 10 milionów widzów.

Wojna.
Pięć lat po sukcesie Shiri, Kang Je-gyu zrealizował kosztowny fresk Brotherhood (2004), w którym z rozmachem godnym największych hollywoodzkich filmów wojennych, kontynuował temat podziału swojego narodu. Inscenizując batalistyczne sceny z realizmem równającym się słynnemu Szeregowcowi Ryanowi Spielberga, reżyser wprowadza w brud i bezsens Wojny Koreańskiej i pokazuje, że działania obu stron konfliktu mało się od siebie różnią. Często przypadek decyduje o tym, do której armii wcieleni zostają młodzi mężczyźni, nie rozumiejący nawet ideologii, za którą przyjdzie im zginąć. Żołnierze Południa walczą z komunistyczną Północą, zabijają swoich przyjaciół z dzieciństwa tylko dlatego, że ci noszą inny mundur, anty-komunistyczna organizacja wykonuje wyroki śmierci na cywilnej ludności Południa za rzekomą kolaborację z komunistami, a w finale brat staje do walki przeciwko rodzonemu bratu. Przekaz filmu i ocena wojny są jednoznaczne.
Brotherhood, jeden z najbardziej spektakularnych filmów wojennych ostatniej dekady, stał się wielkim przebojem, nie tylko w Korei (gdzie sprzedano ponad 12 milionów biletów, co oznacza, że film obejrzał prawie co czwarty Koreańczyk), ale także na całym świecie, w czym pomógł angielski dubbing.
Welcome to Dongmakgol (2005) Park Kwang-Hyuna to, w porównaniu z innym wymienionymi tu tytułami, filmowa bajka. Akcja rozgrywa się w odciętej od świata koreańskiej wiosce (nie jest powiedziane na terenie której Korei leży), gdzie ludzie beztrosko uprawiają rolę, nie zdając sobie sprawy, że na terenie kraju rozgrywa się bratobójcza wojna. Traf chce, że w to sielskie miejsce trafia pilot amerykańskiego samolotu, dwaj żołnierze z południa i trzej z północy. Od razu wybucha wzajemna agresja, co skutkuje zniszczeniem spichlerza, w którym wieśniacy zgromadzili zapasy na zimę. W żołnierzach odzywa się sumienie, zapominają o podziale i wspólnymi siłami starają się naprawić wyrządzone szkody. Zrzucają mundury i zakładają farmerskie ubrania – przestają się różnić, wyglądają i brzmią tak samo. Kiedy do wioski, w poszukiwaniu zaginionego pilota, trafiają zamaskowani i uzbrojeni po zęby amerykańscy komandosi – sprawiają wrażenie przybyszów z kosmosu.
Kiedy dochodzi do pierwszej konfrontacji, żołnierze celują do siebie z pistoletów i trwają w pełnym napięcia klinczu. Stojący między nimi mieszkańcy wsi, zupełnie nie zdają sobie sprawy z grozy sytuacji – nie wiedzą, co to broń. Po pewnym czasie, całe zajście zaczyna ich znudzić więc oddalają się do swoich codziennych zajęć. Wojskowi zostają sami i wyglądają przy tym śmiesznie. Dobroć wieśniaków, brak potrzeby przemocy, odmienia żołnierzy, sprawia, że stają się lepszymi ludźmi. Brzmi naiwnie, i takie właśnie jest, ale film, łącząc w sobie sceny przemocy z liryką (koreańskie kino potrafi łączyć sprzeczności, jak żadne inne) ani przez chwilę nie przekracza granic śmieszności, uzmysławiając jak abstrakcyjną rzeczą jest wojna. Efekt? Triumf pacyfistycznego przesłania i osiem milionów sprzedanych biletów.
193253245_1ed0f50474_o
Welcome to Dongmakgol

Akcenty polityczne, subtelne, ale istotne, można dostrzec też w najbardziej kasowym koreańskim filmie – The Host: Potwór (2006) Bong Joon-ho. Tytułowy potwór rodzi się w rzece Han, do której radioaktywne ścieki spuszczają amerykańscy żołnierze, stacjonujący w Korei Południowej od czasów wojny. Pomysł inspirowany jest autentycznymi wydarzeniami – dochodziło do wylewania ścieków z kostnicy amerykańskiej bazy wojskowej.
Rozwój i popularność współczesnego kina południowokoreańskiego, mogącego po latach kneblowania opowiedzieć w inny sposób historię swojego narodu, świadczą o potrzebie rozliczenia z przeszłością i oswojenia lęku przed braćmi z Północy. To się dokonało.
Rządzący braćmi z Północy zdają się jednak nie doceniać tego wysiłku. Przeprowadzone w roku 2010 prowokacje zniweczyły cały wysiłek i spowodowały, że znowu zaczęto mówić o otwartym konflikcie. Zatopienie okrętu Cheonan w marcu i listopadowe ostrzelanie wyspy Yeonpyeong należą do najpoważniejszych incydentów od zakończenia wojny w 1953 roku. W listopadzie 2010 roku, rząd Korei Południowej oficjalnie zerwał ze „słoneczną polityką”, przyznając, że była ona porażką i nie przyniosła spodziewanych efektów. Jak odpowie na tę nową sytuację kino?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*